Sanatorium Blitzengrund
Dawne sanatorium Blitzengrund w Kowalowej, czyli uzdrowiskowa historia Ługowiny.
Dojście do samego sanatorium Blitzengrund, położonego 400 metrów od głównej szosy, zajmie nam trochę czasu. Najpierw sięgnijmy do historii, która wyjaśni, dlaczego sanatorium powstało właśnie w tym miejscu, i co wiąże je z Sokołowskiem. Na koniec niespodzianka filmowa :)
SPIS TREŚCI (kliknij, by rozwinąć)
Bardzo odległe początki
Tak jak napisałem w pierwszej części cyklu przybliżającego Ługowinę, ten przysiółek wsi Kowalowa został powołany do życia w drugiej połowie XVII w. przez Hansa Heinricha II von Hochberg, pana na zamku Książ, do którego należały rozległe dobra w okolicy, w tym ziemia mieroszowska. W tym czasie Śląsk nazywał się Schlesien, ewentualnie z dodatkiem Nieder, czyli Dolny, a dzisiejsza Ługowina otrzymała nazwę Blitzengrund i została przypisana do Unisławia Dolnego (Nieder Waltersdorf) jako jego przysiółek. Na niemieckich mapach spotykamy się ze skrótem Col. lub Kol., czyli kolonia — określeniem równoważnym słowu przysiółek. Być może założenie Blitzengrund oraz kilku innych kolonii i miejscowości w tym samym czasie było próbą gospodarczego i społecznego ożywienia peryferiów posiadłości rodu Hochbergów po wyniszczającej wojnie trzydziestoletniej.
Uzdrowisko Görbersdorf
Historia Görbersdorf, a po 1945 r. Sokołowska, jest obszernie opowiedziana na licznych stronach internetowych. Zainteresowani znajdą je bez kłopotu, zwłaszcza że Sokołowsko w ostatnich latach przeżywa kolejną młodość za sprawą fundacji InSitu i współorganizowanych przez nią imprez kulturalnych oraz powieści Joanny Bator i Olgi Tokarczuk. Do grona pisarek, które w Sokołowsku i jego okolicach umieściły akcję swoich powieści, należy również Agnieszka Jeż z serią ,,Sprawy Soni Kranz’’, ale o tym napisałem w postscriptum.
Görbersdorf był wsią wzmiankowaną w dokumentach już w połowie XIV w. Na początku XVI w. wraz z całą okolicą została kupiona przez pierwszego księcia z rodu Hochbergów, rezydującego na zamku Książ. Przez około 200 lat historia późniejszego Sokołowska, Kowalowej i całej okolicy toczyła się leniwie, pomijając rzecz jasna ,,zwyczajne’’, zdarzające się przynajmniej raz na pokolenie klęski w rodzaju powodzi lub nieurodzaju oraz trzy kolejno następujące po sobie wojny śląskie, wojnę Francji i Prus w ramach wojen napoleońskich i jeszcze jedną, praktycznie nieznaną wojnę, o której obszernie napisałem w cyklu Fortyfikacje w Kowalowej.
W połowie XIX w. zdarzyło się coś, co odmieniło historię tych terenów. Do Görbersdorf przyjechała na wypoczynek Marie von Colomb, siostrzenica pruskiego feldmarszałka von Blüchera. Okolica i warunki klimatyczne spodobały jej się na tyle, że postanowiła zainwestować w budowę zakładu leczniczego, stosującego modną wówczas hydroterapię — leczenie wodą.
Feldmarszałek Gebhard Leberecht von Blücher znany jest głównie z tego, że dał się pobić Napoleonowi Bonaparte w bitwie pod Jeną i Auerstedt, ale kilka lat później zrehabilitował się, zdobywając Paryż i zmuszając cesarza Francuzów do kapitulacji.
Wskutek finansowych zawirowań założony przez Marie von Colomb zakład leczniczy trafił w 1854 r. w ręce jej szwagra, Hermanna Brehmera, który stał się pionierem skutecznego leczenia gruźlicy autorską metodą. Zanim jednak Marie von Colomb została zmuszona do rezygnacji ze swoich planów biznesowych, w odległej o dwa kilometry na zachód od Görbersdorf i należącej do Nieder Waltersdorf kolonii Blitzengrund, kupiła lub — co bardziej prawdopodobne — wydzierżawiła od właściciela tego terenu, księcia Hansa Heinricha X von Hochberg, mniej więcej dwuhektarową parcelę, na której urządziła coś w rodzaju filii swojego zakładu na wolnym powietrzu. W źródłach internetowych opisywana jest ona jako duche.
W tym miejscu pozwolę sobie na mały wątek poboczny: dzisiaj na takie miejsce powiedzielibyśmy, że jest wyposażone w natryski. W przeszłości w języku polskim w użyciu było słowo tusz (zniekształcone francuskie słowo douche, czytane jako dusz z przedłużonym u) na określenie kąpieli pod prysznicem — uwielbiał je Stanisław Lem, który w swoich powieściach kazał bohaterom brać tusz i chyba nigdy nie użył określenia wziąć prysznic.
Natryski służyły do terapii zimną, źródlaną wodą. Na planie sytuacyjnym z 1850 r. miejsce to wyglądało tak:
Wydłużona w osi wschód-zachód dolina z trzech strony — od północy, zachodu i południa — otoczona była książęcymi lasami. Przeznaczony dla kuracjuszy teren to działka widoczna w lewej połowie planu, o kształcie trapezu, pomiędzy dwiema zagrodami zaznaczonymi na czerwono i opisanymi nazwiskami ich właścicieli lub dzierżawców.
Według zachowanej korespondencji Marie von Colomb sondowała możliwość uzyskania zgody księcia na wybudowanie domu zdrojowego w Ługowinie (wtedy kolonii Blitzengrund). Nie doszło jednak do tego i sanatorium zostało zbudowane dopiero pół wieku później. Ale nie wyprzedzajmy faktów…
Budynki zaznaczone na szaro po wschodniej (prawej) stronie trapezu już nie istnieją, z wyjątkiem fragmentu dawnego młyna stojącego dawniej przy drodze łączącej Wałbrzych i Mieroszów. Młyn ten jest opisany jako Blitzenmühle. Jego częścią jest dzisiejszy budynek przy ulicy Wczasowej 46 (lub jest to nowszy budynek stojący na fundamentach starszego).
Z ciekawych szczegółów można odnaleźć również dwa stawy przedzielone groblą, które na początku XX wieku stały się przedmiotem procesu sądowego pomiędzy księciem a jednym z mieszkańców Blitzengrund. Stawy te zasilał bezimienny potok płynący doliną i tuż za szosą Wałbrzych-Mieroszów wpadający do rzeki Ścinawki. Dzisiaj stawy już nie istnieją, ale potok wciąż płynie.
Najbardziej wysunięty na zachód budynek, opisany nazwiskiem Schmidt, dzisiaj ma adres Wczasowa 53, i raczej nie jest tym samym budynkiem z planu, choć z pewnością wykorzystuje jego fundamenty. Nie jest chyba przypadkiem, że i wtedy, i później, po 1945 r., był służbowym mieszkaniem gajowego opiekującego się lasami — najpierw prywatnymi książąt von Hochberg, później państwowymi w powojennej Polsce.
Zum Grünen Kranz / Gościniec Eden / Pod Zielonym Wieńcem / Gościniec Kowalova
Wszystkie powyższe nazwy w istocie dotyczą jednego obiektu — budynku pod dzisiejszym adresem Wczasowa 47.
Gdy Görbersdorf w drugiej połowie XIX w. zaczął rozwijać się po zbudowaniu przez dr. Hermanna Brehmera domu zdrojowego (w powojennej Polsce znanego jako sanatorium Grunwald), inni pozazdrościli mu sukcesu. Powstały kolejne domy zdrojowe — dr. Theodora Römplera (później sanatorium Biały Orzeł) i dr. Hansa Weickera (później sanatorium Chrobry) oraz pomniejsze obiekty, jak na przykład sanatorium prowadzone przez dr. Beuchlera w Kowalowej (mieszkańcom powojennej Polski bardziej znane jako hotel Gwarek).
Duże sanatoria doktorów Brehmera, Römplera i Weickera zdominowały rynek usług leczniczych, ale go nie zmonopolizowały. Również bardziej przedsiębiorcze jednostki chciały uszczknąć dla siebie kawałek uzdrowiskowego tortu.
Na pokazanej wyżej schematycznej mapie nie ma jeszcze dzisiejszego Gościńca Kowalova, ponieważ został zbudowany w ostatnich latach XIX w. Nazwa Gościniec Kowalova funkcjonuje od jesieni 2019 r. Wcześniej przez ćwierć wieku znany był jako Gościniec Eden i przez wielu ,,tubylców’’ prawdopodobnie będzie tak nazywany do końca świata i o jeden dzień dłużej. Przed sprzedażą nowej właścicielce na krótko wrócił do pierwotnej nazwy, ale w polskim brzmieniu — Pod Zielonym Wieńcem. Jeszcze wcześniej, w Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej, obiekt był własnością skarbu państwa. Jego użytkownikiem było Wrocławskie Przedsiębiorstwo Odzieżowo-Tekstylne, które w dawnym pensjonacie urządziło siedzibę letnich kolonii dla dzieci pracowników przedsiębiorstwa.
A co działo się wcześniej, przed 1945 rokiem?
Cóż, wcześniej była tutaj Rzesza Niemiecka — najpierw druga, później trzecia. I właśnie w tej wcześniejszej, czyli drugiej, niejaki Ernst Waldow (nie mylić z aktorem filmowym o tym samym imieniu i nazwisku) około 1895 r. zbudował u wylotu doliny pensjonat z restauracją i nadał im nazwę Zum Grünen Kranz (Pod Zielonym Wieńcem). Wiodło mu się chyba nieźle i miał szersze plany, bo kilka lat później, w okolicach 1900 r. kupił od Hochbergów spory teren położony około 300 metrów od swojego pensjonatu. Tak — dokładnie ten, który pół wieku wcześniej upatrzyła sobie Marie von Colomb jako idealne miejsce na terapię wodą i powietrzem dla kuracjuszy z Görbersdorf.
Sanatorium Blitzengrund
I tak zaczęła się historia sanatorium Blitzengrund, na pierwszych pocztówkach opisywanego od nazwiska właściciela jako Sanatorium Ernsta Waldowa, tak jak na tej z 1906 r. (źródło):
Podpis w górnym lewym narożniku głosi: Blitzengrund przed Görbersdorf. Wysokość 540-600 m n.p.m. Sanatorium i hotel-pensjonat Ernsta Waldowa. Poczta Friedland, okręg Breslau
Sanatorium zostało zbudowane około 400 metrów w górę doliny licząc od głównej szosy, pomiędzy domami mieszkalnymi, których jednak nie zdominowało ani wielkością, ani architekturą. Można śmiało stwierdzić, że wpasowało się w otaczającą przestrzeń. Widać to na dawnych pocztówkach.
Na początek fotografia, na której widać wiejski charakter kolonii Blitzengrund. Jeśli klikniesz myszą na powyższym zdjęciu lub dotkniesz go na ekranie telefonu albo tabletu, zobaczysz alternatywną wersję — spróbuj teraz!
Drzewo wskazane strzałką to jabłoń Perpetua, lokalna osobliwość przyrodnicza o cechach pomnika przyrody — obszernie opisałem ją w tekście Perpetua — jabłoń pełna życia.
Krajobraz doliny był bardzo sielski, zwłaszcza latem. Te dwa domy stały kilkadziesiąt metrów od sanatorium jako jedne z ostatnich zabudowań w dolinie:
W katalogu uzdrowisk Rzeszy sanatorium Blitzengrund pojawiło się w 1906 r. Gotowe było na przyjęcie zaledwie 15 kuracjuszy. Reklamowało się od początku — czasopismo dla lekarzy zamieściło w 1906 r. (a zatem tuż po uruchomieniu przybytku przez pierwszego właściciela) taką oto krótką wzmiankę:
Sanatorium Blitzengrund w leśnej dolinie Görbersdorf [dolina Görbersdorf? Hmmm…]
Nowe, wygodne, małe, przytulne, wyjątkowo ciche. Większość cen cywilnych (?). Wiele pokoi z balkonem. Kąpiel powietrzna dla osób potrzebujących relaksu, rekonwalescentów i osób nerwowych. (tłumaczenie własne)
Była to zatem raczej okazała willa niż sanatorium z prawdziwego zdarzenia. Trzeba jednak pamiętać, że była to placówka lecznicza, dlatego poza pokojami mieszkalnymi urządzonymi na piętrach, na parterze budynku umieszczono gabinet lekarski i pielęgniarski (zabiegowy) oraz pokój kąpielowy. W przyziemiu znalazło się też miejsce dla zaplecza kuchenno-gospodarczego.
Budynek miał wysoki parter i dwa dodatkowe piętra. Zbudowano go z pełnej cegły na parterze i w konstrukcji muru pruskiego (niem. Fachwerk) na dwóch wyższych kondygnacjach. Całość otynkowano, a ściany zewnętrzne drugiego piętra zabezpieczono dodatkowo deskowaniem. Wejście było od frontu, pod balkonem pierwszego piętra. Balkony przylegały do budynku z trzech stron — południowej, wschodniej i zachodniej. Na boczne można było wejść bezpośrednio z czterech pokojów, zaś frontowy był ogólnodostępny. Dach od początku do dzisiaj kryty był papą.
Tak wygląda to na zdjęciu, niestety w małej rozdzielczości — zostało wycięte z większej pocztówki wziętej stąd:
Od strony północnej, na łagodnym stoku góry Ostrosz (wówczas Spitzberg) rozciągał się długi i wąski teren przeznaczony dla kuracjuszy, nazywany oficjalnie parkiem, ze ścieżkami spacerowymi oraz dwoma pawilonami o lekkiej, drewnianej konstrukcji (niem. Liegehalle) dla chorych, którzy musieli wypoczywać leżąc. Jeden z pawilonów był całkiem okazały — miał długość około 30 metrów i szerokość 3 metrów. Teren od frontu (południowa strona), pomiędzy drogą prowadzącą przez Blitzengrund w górę i budynkiem sanatorium, był stopniowo zagospodarowywany. Widoki były rozległe, gdyż las świerkowy nie sięgał tak daleko jak obecnie (źródło pierwszej pocztówki, źródło drugiej pocztówki, źródło trzeciej pocztówki):
Kilka lat po założeniu sanatorium, w styczniu 1914 r., zmieniło ono właściciela. W międzyczasie po wschodniej stronie działki, niedaleko budynku sanatorium, postawiono piętrowy budynek mieszkalny dla właścicieli i być może osób z obsługi. W tym samym okresie, zapewne niezbyt długo po zbudowaniu sanatorium, dobudowano do niego dodatkową część, która łączyła funkcje wejścia, wiatrołapu i jadalni, mogącej pomieścić około 40 osób przy stołach ustawionych w kształt litery U.
Kilka zdjęć pokazujących ten stan (źródło pierwszej pocztówki, źródło trzeciej pocztówki):
Lekarz rezydował na stałe, w późniejszym okresie dojeżdżał w niektóre dni. Sanatorium było nieźle wyposażone, by spełnić wymogi potrzebne do uzyskania zezwolenia na działalność leczniczą. Łazienki na parterze miały prysznice i wannę. W gabinecie lekarza stał aparat rentgenowski z ciemnią do wywoływania zdjęć. Było podręczne laboratorium do badania moczu i plwociny chorych, lampa kwarcowa i urządzenie do masażu ciała. Budynek był oczywiście zelektryfikowany, od początku miał dostęp do linii telefonicznej. Pod względem higienicznym nie było nic do zarzucenia — woda była doprowadzona do każdego pokoju mieszkalnego i innych pomieszczeń, które tego wymagały. Toalety umieszczono na półpiętrach. Cały kompleks zaopatrzony był w nowoczesną, bezobsługową oczyszczalnię ścieków. Początkowo nie miał centralnego ogrzewania — w każdym pokoju stał piec kaflowy. Jadalnię zaopatrzono w większy piec, a w łazience stała tzw. koza. Pozostałe pomieszczenia były nieogrzewane, z wyjątkiem kuchni, która miała piec do przygotowywania posiłków.
Chaos i spokój
Od 1914 do 1922 r. obiekt czterokrotnie przechodził z rąk do rąk. Czasy były niełatwe — wojna światowa (dopiero pierwsza, z czego wówczas nikt nie zdawał sobie sprawy), a później polityczne i społeczne zawirowania w pokonanych Niemczech oraz związana z tym hiperinflacja nie sprzyjały prowadzeniu biznesu. W końcu jednak sanatorium trafiło w dobre ręce — kupiła je Amalia Griecke (Benz) i prowadziła do swojej śmierci w 1937 r. Zleciła stworzenie dokumentacji budowlanej z zamiarem rozbudowy sanatorium. Zadania podjęła się renomowana wrocławska pracownia architektoniczna Klein&Wolff.
Dobudowano dwa duże pokoje, które służyły jako czytelnie oraz miejsce do pisania listów i spotkań towarzyskich. Umeblowano je regałami na książki, stolikami, kanapami i fotelami. W jednym z nich był nawet stół bilardowy i pianino, a w drugim radio. Ponieważ oba pokoje znajdowały się po północnej, nienasłonecznionej stronie, każdy zaopatrzono w dwa duże okna. Budynek zyskał centralne ogrzewanie, lecz duże hole na obu piętrach nadal były ogrzewane piecami kaflowymi. Pod nowymi pokojami, w przyziemiu, stworzono dużą część kąpielową z dwiema wannami i grzejnikami.
Oto widok od strony północnej, po powiększeniu sanatorium o dodatkowe pomieszczenia. Po prawej stronie fragment budynku mieszkalnego z 1936 r., istniejącego do dzisiaj (źródło):
Do dyspozycji kuracjuszy oddano szesnaście pokoi, po osiem na każdym piętrze, ze ścianami pomalowanymi na jasne kolory zmywalną farbą. Podłogi były kryte linoleum. Najmniejszy pokój miał powierzchnię 29 m2, a największy 47 m2. Układ pomieszczeń na 1. i 2. piętrze był identyczny.
W połowie lat 30. pojawił się nowy obiekt — piętrowy budynek mieszkalny po zachodniej stronie działki. Starszy budynek po stronie wschodniej zmienił funkcję — przestał być domem mieszkalnym dla właścicielki, a stał się budynkiem administracyjnym z recepcją i biurem. Poza tym mieścił kuchnię, łazienkę, sypialnię i pokój dla gości. Od frontu ozdobiony był krytą werandą. Później przygotowano w nim również pięć pokoi dla kuracjuszy.
Większość budynków składających się na kompleks sanatoryjny widać na poniższym zdjęciu. Czerwona strzałka wskazuje główny budynek sanatorium, niebieska — starszy i większy dom mieszkalny (nie istnieje), fioletowa — młodszy i mniejszy dom mieszkalny (istnieje), zielona — mniejszy z dwóch drewnianych pawilonów dla kuracjuszy (źródło):
Po śmierci Amalii Griecke nowym właścicielem został jej bratanek (lub siostrzeniec), który od pewnego czasu pomagał chorej krewnej w prowadzeniu sanatorium. Po przejęciu obiektu na własność musiał formalnie odnowić koncesję na działalność leczniczą. I tutaj pojawiły się problemy — odpowiedni urząd w Breslau (ówczesnym Wrocławiu), nadzorujący działalność uzdrowisk i prywatnych zakładów leczniczych, wyraził wątpliwości co do kubatury dwuosobowych pokojów.
Sprawę udało się jednak pomyślnie rozwiązać. Przy okazji pojawiło się zalecenie, a w zasadzie zakaz przyjmowania na leczenie osób chorych psychicznie. Było to złowrogie echo nazistowskiego prawa, biorącego pod specjalną ,,opiekę’’ osoby upośledzone i niepełnosprawne. Nawiasem mówiąc: w czasach nazizmu, po dojściu Adolfa Hitlera do władzy, przed frontem sanatorium Blitzengrund powiewała flaga ze swastyką — można ją dostrzec na poniższym zdjęciu. Trudno powiedzieć, na ile było to wyrażenie szczerych przekonań politycznych właścicieli, a na ile wyraz oportunizmu i chęci uniknięcia kłopotów z nadgorliwymi kuracjuszami zapatrzonymi w narodowy socjalizm…
Reklamy w prasie i przewodnikach
W Almanachu uzdrowisk i sanatoriów w Niemczech, Austrii i Szwajcarii z 1907 r. znalazł się bardzo obszerny opis:
Sanatorium Blitzengrund w leśnej dolinie Görbersdorf [cokolwiek to oznacza w praktyce…]
(poczta i stacja kolejowa Friedland, okręg Breslau, telefon 25)
W najpiękniejszej części Gór Wałbrzyskich, w bezpośrednim sąsiedztwie uzdrowiska Görbersdorf słynącego z lecznictwa płuc, w otoczeniu wysokich gór, z dala od zgiełku i kurzu wiejskiej drogi, znajduje się małe, nowo zbudowane oraz wyposażone w nowoczesne środki lecznicze sanatorium Blitzengrund.
Prosta willa mieści niewielką liczbę pokoi, w większości z balkonem, w nasłonecznionym miejscu z pięknym widokiem na łąki i las. Opieka medyczna, staranny i fachowy nadzór lekarski oraz ścisła indywidualizacja. Lekarz mieszka w domu i można się z nim szybko skontaktować w dzień i w nocy.
Warunki klimatyczne są takie same jak w oddalonym o 1,5 km Görbersdorfie, który od 50 lat słynie jako uzdrowisko zimowe, ponieważ Blitzengrund oferuje również najlepsze warunki lecznicze dla chorych i rekonwalescentów dzięki cichej i chronionej lokalizacji. Do tego komfortowy pobyt, podobny do życia rodzinnego, w niezwykle przytulnych pokojach, z dala od dużych zakładów i nieuniknionego hałasu.
Sanatorium jest komfortowo i praktycznie wyposażone na sposób miejski, przyjazny i bez nadmiernego luksusu, posiada oświetlenie elektryczne, własne doskonałe zaopatrzenie w wodę i odpowiada pod każdym względem warunkom sanitarnym (spłukiwanie wodą itp.).
Środki lecznicze: o ile przebywanie w czystym leśnym i górskim powietrzu oraz odpowiednie uregulowanie diety jest często wystarczające dla niektórych chorych, to w leczeniu konieczne jest zastosowanie innych środków.
W tym celu szczególnie skuteczne okazały się kąpiele powietrzne i kuracje leżące na świeżym powietrzu, a dobroczynny wpływ powietrza na skórę i oddychanie zwykle ujawnia się w bardzo krótkim czasie. Kąpiele powietrzne są zwykle brane bez ubrania.
Często potrzebne są również masaże na zimno i okłady, a także proste mycie [?]. Blitzengrund jest doskonałe do stosowania kuracji terenowych; szczególnie nadają się do tego dobrze utrzymane leśne ścieżki, które częściowo wznoszą się łagodnie, a częściowo stromo. Siedmiomorgowy park z licznymi miejscami odpoczynku w połączeniu z pięknymi lasami jest szczególnie odpowiedni do takich kuracji. Nowością są kąpiele w kwasie węglowym, wyciągu z igieł sosnowych oraz solankowe, które są stosowane zwłaszcza w stanach nerwowych i chorobach serca.
Wyżywienie ustalone medycznie kosztuje 28 Mk tygodniowo wraz z leczeniem, za pierwsze badanie lekarzowi przysługuje dodatkowa opłata w wysokości 5 Mk. Odwiedzający goście płacą 3 Mk za dzień. Pokoje są opłacane osobno w wysokości od 5 do 12 Mk tygodniowo, jeśli czas pobytu zostanie ustalony na siedem dni. Oświetlenie elektryczne kosztuje 1 Mk tygodniowo, ogrzewanie od 2,50 do 3,50 Mk, w zależności od pory roku i życzeń. W przypadku korzystania z łaźni powietrznych, łóżek do kuracji na świeżym powietrzu, a także cotygodniowej kąpieli czyszczącej, w razie potrzeby, codzienne okłady lub okłady na zimno, serwis w łaźni powietrznej, 2 Mk tygodniowo. Dla dzieci ceny do uzgodnienia. Kąpiele lecznicze i masaże podlegają specjalnej, ale niedrogiej kalkulacji. Broszury i dalsze informacje od właściciela Ernsta Waldowa, Blitzengrund (Ługowina), poczta Friedland (Mieroszów), powiat Breslau (Wrocław). (tłumaczenie własne)
Natomiast almanach uzdrowisk z 1937 r. pisał tak:
Sanatorium Leśne Blitzengrund znajduje się w uprzywilejowanym miejscu w sielankowej dolinie wysokogórskiej o tej samej nazwie, z dala od ruchu drogowego, pośród rozległych lasów górskich, całkowicie bez pyłów [zanieczyszczeń powietrza?] i oferuje miejsce dla 30 pacjentów obojga płci. Jest umeblowane na sposób burżuazyjny [miejski?] (centralne ogrzewanie i bieżąca woda) i oferuje zalety i udogodnienia małej instytucji z bardziej towarzyskim stosunkiem między pacjentami i bardziej osobistym stosunkiem między lekarzem a pacjentem. Do leczenia nadają się wszystkie formy gruźlicy płuc, które mogą ulec poprawie. Zabieg jest ściśle indywidualny, uwzględniający wszystkie sprawdzone metody lecznicze. (tłumaczenie własne)
Okres powojenny
I tak było aż do maja 1945 r., to znaczy do końca drugiej wojny światowej w Europie. Dolny Śląsk był uważany przez Niemców za względnie bezpieczną dzielnicę Trzeciej Rzeszy, będącą poza zasięgiem alianckiego lotnictwa. Pomimo tego, że już długo przed kapitulacją było wiadomo, że dla Niemców wojna jest przegrana, prawdopodobnie ani najwyższe władze, ani zwykli obywatele nie zakładali utraty tego regionu, który przez dwa stulecia był najpierw w granicach Prus, a później zjednoczonych pod ich egidą Niemiec — Pierwszej, Drugiej i Trzeciej Rzeszy.
Według relacji mieszkańców okolicy przez krótki czas w budynku dawnego sanatorium kwaterowali żołnierze Armii Czerwonej.
Po objęciu Dolnego Śląska polską administracją Niemcy stopniowo byli wysiedlani na zachód, do alianckich stref okupacyjnych. Na ich miejsce przyjeżdżali ludzie z bardzo odległych miejsc, w tym z Kresów Wschodnich, utraconych przez Polskę na rzecz Związku Radzieckiego. Sanatorium przestało pełnić swoją funkcję, którą miało przez 40 lat, a Ługowina stała się kolonią robotniczą. Dolina przeszła pod zarząd Lasów Państwowych.
Najprawdopodobniej w drugiej połowie lat 50. dawne sanatorium Blitzengrund oraz położony niżej dawny pensjonat Zum Grünen Kranz zostały przekształcone w ośrodki kolonijne dla dzieci. Sanatorium przypadło Miejskiemu Przedsiębiorstwu Komunikacyjnemu z Wałbrzycha, natomiast pensjonat został przejęty przez Wrocławskie Przedsiębiorstwo Odzieżowo-Tekstylne (później przekształcone w Wojewódzkie Przedsiębiorstwo Handlu Wewnętrznego).
Ponieważ jadalnia okazała się zbyt mała na potrzeby grup kolonijnych, zmieniono wygląd budynku. Zgrabna jadalnia, pasująca stylem do głównej bryły, zniknęła, a na jej miejscu postawiono stołówkę w kształcie prostopadłościanu. Niestety zaburzył on kompozycję i symetrię całego obiektu. Zlikwidowano również drewniane balkony od frontu i po wschodniej stronie.
Wydawałoby się, że wszyscy powinni być zadowoleni z tego, że poniemieckie sanatorium służy polskim dzieciom spędzającym tutaj wakacje. Jednak fakt, że dwa duże, ładne budynki położone w spokojnej okolicy są wykorzystywane wyłącznie w okresie wakacyjnym, był przyczyną konfliktu w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, który na swoje potrzeby nazwałem ,,wojną szpitalną’’.
Na dawny pensjonat i sanatorium ostrzył sobie zęby Zespół Sanatoriów Przeciwgruźliczych w Sokołowsku. W planach miał urządzenie mieszkań dla personelu medycznego w pensjonacie, a oddziału odwykowego w sanatorium. Pomimo zrozumienia i poparcia dla tego pomysłu ze strony władz powiatowych w Wałbrzychu i wydanej przez nie decyzji przekazującej obie nieruchomości w zarząd sokołowskich szpitali, sprawa została ,,utrącona’’ przez władze wojewódzkie we Wrocławiu. Główną przesłanką za przekazaniem obiektów na potrzeby szpitali było bardzo ograniczone wykorzystanie budynków przez administrujące nimi przedsiębiorstwa oraz degradacja w okresie jesienno-zimowym (budynki nie były wówczas ogrzewane). Trudno nie zgodzić się z taką argumentacją — chociaż z drugiej strony, znając realia socjalizmu trudno powiedzieć, czy oba obiekty po przejściu we władanie szpitali otrzymałyby deklarowaną funkcję.
Przyciśnięte do muru Miejskie Przedsiębiorstwo Komunikacyjne w Wałbrzychu złożyło obietnicę zainwestowania większych środków w przystosowanie dawnego sanatorium do całorocznego wykorzystania. Czas pokazał, że były to obietnice bez pokrycia, słusznie wzięte za działania pozorowane i grę na zwłokę. Władze w Wałbrzychu wydały zatem kolejną niekorzystną dla MPK decyzję, ale i ona została anulowana przez wyższą instancję we Wrocławiu.
Sprawa stała się poważna. Napisano odwołanie do Ministerstwa Gospodarki Komunalnej, ale władze we Wrocławiu arbitralnie uznały, że wysyłanie sprawy do Ministerstwa wydaje się niecelowe i nie nadały sprawie dalszego biegu. Władze w Wałbrzychu zrozumiały, że rzecz jest nie do wygrania, położyły uszy po sobie i wysłały do Zespołu Szpitali w Sokołowsku pełne rezygnacji pismo, informujące o braku możliwości przekazania obu obiektów na potrzeby lecznicze. Jednocześnie na szczeblu powiatowym Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej została podjęta decyzja, by nie urządzać w Ługowinie ośrodka odwykowego dla uzależnionych od alkoholu osób chorych na gruźlicę.
I tak oto obie nieruchomości z ciekawą przeszłością — dawny pensjonat i dawne sanatorium — dotrwały do końca Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.
W 1990 r. oba obiekty z mocy prawa przeszły na własność Gminy Mieroszów, a później zostały sprzedane prywatnym właścicielom. Dawny pensjonat wrócił do swojej pierwotnej roli noclegowo-restauracyjnej pod bardziej współczesną nazwą Gościniec Eden (obecnie Gościniec Kowalova), natomiast dawne sanatorium Blitzengrund od 1993 r. jest w rękach prywatnych.
Poniższe zdjęcia dzieli 80 lat. Dużo to czy mało…?
Duchy przeszłości
Pomimo wysiłków, by niewygodną historię tego i innych poniemieckich miejsc schować, a najlepiej zupełnie o niej zapomnieć, zachowała się bardzo wyraźna pozostałość po dawnych gospodarzach i uzdrowiskowej historii Ługowiny. Istnieje ciekawy projekt odnajdywania i dokumentowania śladów ,,niemieckości’’ we Wrocławiu i na Dolnym Śląsku. Jego nazwa mówi sama za siebie — Spod tynku patrzy Breslau. Bardzo mi się to określenie podoba, dlatego pożyczę je sobie i poniższe zdjęcie nazwę tak…
Spod tynku wyszedł Blitzengrund.
Niektórzy twierdzą, że gdy ktoś znajdzie się w pobliżu sanatorium Blitzengrund w (nie)odpowiednim czasie, może napotkać duchy kuracjuszy, których leczenie się nie powiodło, i w tym spokojnym, otoczonym lasami miejscu skończyła się ich doczesna wędrówka. Na takie zdarzenia właściciele sanatorium też byli przygotowani — w dolnej części terenu, blisko potoku, stał mały budynek do dezynfekcji pościeli i innych przedmiotów. Ponoć czasami służył jako kostnica. Więc może coś jest w opowieściach o duchach błądzących w dolinie…?
I to mógłby być koniec tej historii, gdyby nie pewien oficer Służby Bezpieczeństwa, powracający z egzotycznej podróży służbowej. Dlatego pozwolę sobie jeszcze na małe…
…postscriptum (epidemiczne)
Krótko przed opisaną wyżej ,,wojną szpitalną’’, latem 1963 r., we Wrocławiu zanotowano kilka przypadków ospy prawdziwej. Była to wysoce zakaźna choroba o gwałtownym przebiegu i potencjalnie dużej śmiertelności. Niegdyś rozpowszechniona na niemal wszystkich kontynentach i zgodnie uznawana za jedną z największych plag ludzkości, w tamtym czasie miała opinię choroby Trzeciego Świata. Jej pojawienie się w Polsce, i to od razu w dużym mieście, było dużym zaskoczeniem dla władz i potężnym problemem dla systemu opieki zdrowotnej socjalistycznej Polski. Można było z nią walczyć na dwa sposoby — szczepiąc masowo ludność oraz izolując chorych i osoby, które miały z nimi kontakt w okresie wylęgania choroby, przed pojawieniem się pierwszych objawów.
Ale właściwie dlaczego wspominam o tym na końcu tekstu poświęconego sanatorium Blitzengrund? Ano dlatego, że sanatorium i przyległy do niego teren zostały uznane za idealne miejsce do izolacji tzw. kontaktów I rzędu — osób, które miały bezpośrednią styczność z chorymi na ospę. Jednak o tym napisałem w oddzielnym tekście, poświęconym wspomnianemu wyżej oficerowi i pewnej pani. Czarnej Pani…
Drugie postscriptum (literackie)
Gdy pisałem powyższy tekst w czerwcu 2024 r., w druku była książka autorstwa Agnieszki Jeż — pisarki z Mazowsza, która miejscem akcji swoich książek z serii ,,Sprawy Soni Kranz’’ uczyniła Kowalową i jej okolicę. Główna bohaterka, komisarz Sonia Kranz, po przeprowadzce z Wrocławia zostaje szefową posterunku policji w Mieroszowie. Na potrzeby fabuły zamieszkuje w… Kowalowej, a dokładnie w Ługowinie, na ulicy Wczasowej :) Kryminalne zagadki pojawiają się w Sokołowsku (część pierwsza — Pomroka), Unisławiu Śląskim (część druga — Pastwa) i Kowalowej (część trzecia — Przewina).
Akcja Przewiny rozgrywa się przede wszystkim w dawnym sanatorium Blitzengrund. Na początku września 2024 r., dokładnie tydzień przed katastrofalną powodzią na Dolnym Śląsku i Opolszczyźnie, autorka odwiedziła Kowalową, by udzielić wywiadu serwisowi Zupełnie Inna Opowieść. Z efektami tej wizyty można zapoznać się w poniższym filmie:
Trzecie postscriptum (polityczno-historyczne)
Drążąc naprawdę głębokie pokłady internetu natrafiłem na przedruk prywatnego listu rosyjskiego polityka, ekonomisty, socjologa i historyka Piotra Struwego (ros. Пётр Бернгардович Струве, ang. Peter Struve), z którego wynika, że we wrześniu 1923 r. przebywał on na kuracji w sanatorium Blitzengrund — dokładnie taki adres podał w swojej korespondencji z przyjacielem — filozofem Siemionem Frankiem (ros. Семён Лю́двигович Франк, ang. Semyon Frank).
Zainteresowanych pełnym życiorysem, poglądami i pracami Piotra Struwego odsyłam do artykułów podanych w źródłach na końcu tego tekstu oraz dwóch książek. Od siebie napiszę, że Piotr Struwe pochodził z rosyjskiej inteligencji, z wyższej warstwy urzędniczej. Jego ojciec Bernhard Wilhelm von Struve był między innymi gubernatorem guberni permskiej, dlatego syn Piotr urodził się właśnie w Permie w 1870 r. Nawiasem mówiąc cała, pochodząca z Niemiec rodzina Struve (pisana z niemiecka przez v), zajmowała w Rosji eksponowane stanowiska. Pochodzili z niej m.in. znani astronomowie.
Piotr Struwe był wykształconym człowiekiem, już na emigracji otrzymał tytuł profesora. Początkowo działał w rosyjskiej socjaldemokracji i był zwolennikiem marksizmu. Po rewolucji w 1905 r., gdy car Mikołaj II zezwolił na ograniczone swobody obywatelskie, m.in. zakładanie partii politycznych, Struwe wstąpił do Partii Konstytucyjno-Demokratycznej i z jej ramienia zasiadał w Dumie. Początkowo popierał terror jako metodę walki z caratem, ale później stopniowo odchodził od tych poglądów. Przez pewien czas był współpracownikiem Włodzimierza Iljicza Lenina, finalnie stali się jednak otwartymi wrogami. Poróżniło ich między innymi podejście do rewolucji — Lenin widział w niej jedyną drogę i jednocześnie cel działania, Struwe obawiał się rewolucji i jej ślepej siły. Poglądy stawiały go w szeregu liberałów, ale i rosyjskich nacjonalistów. Uważał, że Rosja powinna kroczyć śladem zachodniego kapitalizmu, jako państwo silne i samodzielne. W artykule Zapomniany rosyjski liberał Leszek Mazur pisze:
[Piotr Struwe] w odróżnieniu od wielu konserwatystów za rzecz uzasadnioną uważał koncesje wobec niektórych narodów zamieszkujących imperium rosyjskie. Opowiadał się za niezależnością Polaków, w ramach autonomii, jaką posiadało Królestwo Polskie i Finlandii. Był natomiast przeciwnikiem ustępstw na rzecz ukraińskiego ruchu narodowego — nie sądził, aby Ukraińcy byli narodem państwowym, a nawet posiadali własną kulturę narodową. W tej kwestii stał na stanowisku jednej kultury wszechrosyjskiej; akceptacja dla poglądu o istnieniu dwóch (Rosjanie i Ukraińcy) albo trzech (Białorusini) odrębnych narodów doprowadziłaby w jego przekonaniu do katastrofy Rosji.
W czasie rewolucji lutowej 1917 r. Struwe brał udział w pracach Rządu Tymczasowego. Po rewolucji październikowej związał się z przeciwnikami bolszewików — ,,białymi’’, dlatego był poszukiwany przez bolszewików listem gończym. Współpracował z gen. Antonem Denikinem i gen. Piotrem Wranglem. Przez chwilę był nawet ministrem spraw zagranicznych w rządzie Wrangla, od sierpnia do listopada 1920 r. Po zwycięstwie bolszewików wyemigrował z Rosji, mieszkał między innymi w Sofii, Belgradzie i Pradze, a u schyłku życia w Paryżu, gdzie zmarł w 1944 r.
Życiem Piotra Struwego zajmował się prof. Richard Pipes, historyk pochodzenia polsko-żydowskiego, którego ojciec w obliczu nadciągającej wojny wyemigrował w 1939 r. do Stanów Zjednoczonych. Dlatego Richard Pipes od 1943 r. był obywatelem USA. Napisał dwie książki o Struwem: Piotr Struwe, Liberał na lewicy 1870-1905 (1970, polskie wydanie 2016) i Piotr Struwe, Liberał na prawicy 1905-1944 (1980, polskie wydanie 2016).
Wybrane źródła
Zdjęcia archiwalne
Archiwalne zdjęcia doliny Blitzengrund / Ługowiny
Archiwalne zdjęcia dawnego sanatorium Blitzengrund
Archiwalne zdjęcia dzisiejszego Gościńca Kowalova
Informacje o Piotrze Struwe
Piotr Struwe, czyli od marksisty do liberała
