Fortyfikacje w Kowalowej (część 5). Stan aktualny i pomysły na przyszłość

Ten tekst jest 5. częścią cyklu ,,Fortyfikacje w Kowalowej'', składającego się z 6 artykułów. Kliknij gdzieś w tej ramce, by zobaczyć pełną listę tekstów w serii.
  1. Fortyfikacje w Kowalowej (część 1). Wojna o sukcesję bawarską
  2. Fortyfikacje w Kowalowej (część 2). Główny obóz wojskowy
  3. Fortyfikacje w Kowalowej (część 3). Reduta D
  4. Fortyfikacje w Kowalowej (część 4). Reduta A oraz pozostałe posterunki
  5. Fortyfikacje w Kowalowej (część 5). Stan aktualny i pomysły na przyszłość
  6. Fortyfikacje w Kowalowej (część 6). Tablice informacyjne
 

W czterech poprzednich częściach omówiłem wszystkie obiekty w głównym obozie oraz we wsi. Część historyczną i ,,analityczną’’ uważam za zakończoną. Teraz będzie bardziej na luzie :)

SPIS TREŚCI (kliknij, by rozwinąć)

 

Zdjęcia z drona

Na początek zapraszam na zdjęcia z powietrza, wykonane przez p. Tomasza Tracewskiego w ostatnim tygodniu kwietnia 2024 r. Nie ma do nich dodatkowych opisów tekstowych, wszystko widać jak na dłoni dzięki strzałkom oraz nazwom obiektów i miejsc.

Całe wzgórze z drona
 

Widok na obóz oraz Kowalową i Sokołowsko
 

Widok na obóz i Sokołowsko
 

Reduta A i obóz L
 

Reduta D i Sokołowsko
 

Widok znad obozu w kierunku Mieroszowa
 

Reduta D z drona
 

Reduta D z drona --- nałożony plan
 

Widok od południa na redutę A i Ługowinę
 

Widok z reduty A na dolinę Ścinawki w Ługowinie
 

Zdjęcia z powierzchni ziemi

A to moje zdjęcia z pierwszej połowy marca 2024 r., wykonane zanim ,,wystartowała’’ wegetacja i świeża roślinność zamaskowała pozostałości szańców:

Reduta A --- pozostałości wału i platformy
 

Reduta D od zachodu
 

Reduta D --- pozostałości wału od wschodu
 

Flesza C
 

Flesza C
 

Koniec ,,wojny kartoflanej’’ i powrót do domu

Dla przypomnienia zerknijmy na skrócone kalendarium wojny o sukcesję bawarską:

  • rozpoczęła się w styczniu 1778 r. wkroczeniem Austriaków do Bawarii,
  • przez kilka miesięcy próbowano rozwiązać problem na drodze dyplomatycznej,
  • na początku lipca król Fryderyk II wkroczył do Czech na czele armii Prus,
  • druga połowa lata i początek jesieni to budowa zasieków, fortyfikacji i posterunków w Kowalowej,
  • żołnierze przezimowali w nich, czekając na wznowienie kampanii wojennej wczesną wiosną,
  • w marcu 1779 r., zanim wojska obu stron opuściły leża zimowe, ogłoszono zawieszenie broni,
  • 13 maja podpisano pokój w Cieszynie i ,,wojna kartoflana’’, znana też jako ,,śliwkowa awantura’’, oficjalnie dobiegła końca.

Żołnierze obu stron wprost przebierali nogami, by wrócić do domów (i trudno im się dziwić), bo — jak napisał August Werner w swojej Kronice Mieroszowa i okolic

ostatni Prusacy opuścili te tereny 16 maja [1779 r.]

A zatem wojska pruskie wycofały się z okolic Mieroszowa w zasadzie z dnia na dzień. Zapewne przygotowania do powrotu czyniono jeszcze przed formalnym podpisaniem traktatu pokojowego, lecz rozkaz do wymarszu mógł paść dopiero po informacji, że podpisy na dokumencie zostały złożone i można opuścić posterunki.

Powiedzmy, że wieści z Cieszyna dotarły do Kowalowej następnego dnia po zawarciu pokoju — 14 maja. Wobec tego cały obóz został zwinięty w jeden, maksymalnie dwa dni. Konie po raz ostatni napiły się wody ze Ścinawki i mniejszych potoków, skubnęły świeżej majowej trawy z łąk nad Kowalową i ruszyły na północ, zaprzężone do wozów wyładowanych namiotami, bronią i wyposażeniem obozowym; niektóre ciągnęły uzbrojenie — armaty i haubicę.

Większość żołnierzy wróciła do swoich macierzystych garnizonów. Niektórzy, zwolnieni ze służby, wrócili do domów (z wyjątkiem dezerterów, którzy ,,zwolnili się’’ sami już wcześniej). Najemnicy, dla których wojna była rzemiosłem, zaczęli rozglądać się za kolejnym konfliktem zbrojnym, w którym mogliby wziąć udział.

Trudno powiedzieć, co myśleli ówcześni mieszkańcy Kowalowej, Mieroszowa i innych miejscowości w okolicy. Zapewne najpowszechniejszym uczuciem była ulga, że jest już po wszystkim i — Gott sei Dank! — obyło się bez większych zniszczeń. Co prawda, jak napisał August Werner

wojna pozostawiła Friedland z ogromnym zadłużeniem wynoszącym ponad 2000 talarów, wliczając w to grabież dokonaną przez von Nauendorfa (dla przypomnienia: chodziło o odstąpienie od groźby spalenia ratusza w zamian za okup w wysokości 6000 talarów; ostatecznie mieszkańcy wykupili się kwotą 742 talarów.)

…ale summa summarum okolica wyszła z ,,wojny kartoflanej’’ obronną ręką.

Nie było już żołnierzy, których trzeba było się obawiać i tolerować ich obecność pomimo różnych uciążliwości. Być może kilka łez uronili okoliczni karczmarze oraz handlarze żywnością i furażem. No i może niektóre dziewczęta, bo — jak wiadomo nie od dziś — za mundurem panny sznurem (chociaż ich ojcowie i bracia zapewne odetchnęli, że córek i sióstr nie trzeba już pilnować przed zapędami żołnierzy).

Początek znikania

Gdy opadł kurz za końmi, wozami i maszerującymi żołnierzami, rozpoczął się szaber tego, czego armia zabrać nie mogła lub nie chciała. Oczywiście nie mogę być tego pewien i są to wyłącznie moje wymysły, ale chyba na chwilę potrafię wejść w skórę zwykłego człowieka z tamtych czasów. Życie na pograniczu i w dodatku w górach było niełatwe. Swojego udziału w pracy ludzkich rąk wymagał właściciel czy dzierżawca terenu — w tym przypadku książę Hans Heinrich V von Hochberg, pan na zamku Fürstenstein. Książę przecież sam poniósł straty w postaci drzew ze swoich lasów. Pod piłami i toporami padły ich z pewnością setki — na palisady, na blokhauzy, na pułapki w wilczych dołach, na ogrodzenie wybiegów dla koni, na zasieki i w końcu na opał do ogrzania się i ugotowania posiłku dla żołnierzy i kadry oficerskiej. Nie wiem, czy książę dostał jakieś odszkodowanie za swoje lasy — źródła o tym nie wspominają.

A co robili zwykli ludzie? Niewykluczone, że postanowili wziąć sprawy w swoje ręce.

Skoro nie było już żołnierzy ani oficerów, nie było wartowników, których obecność trzymała miejscowych w bezpiecznej odległości od posterunków, można było pójść sprawdzić, co też zbudowano na tych wzgórzach nad Schmidtsdorfem. A tam — skarby w postaci gotowych, obrobionych pni w palisadach i żerdzi w hiszpańskich kozłach. Może nieco metalowych klamer do łączenia drewnianych elementów. I drewno, i metal zawsze przydadzą się w domu i obejściu. Całe gotowe blokhauzy — wystarczy rozmontować, załadować na wóz i przewieźć do swojego gospodarstwa. No i te dwa ceglane piece w reducie D! Chociaż niewykluczone, że piece przetrwały trochę dłużej, bo ich resztki można odnaleźć do dzisiaj.

Może nie wszyscy z okolicy zaraz po odejściu wojska rzucili się do rozbiórki redut i fleszy. Może tylko bardziej odważne i obrotne jednostki ruszyły na łowy i one skorzystały najwięcej, a inni, ostrożniejsi, poszli w ich ślady później i zadowolili się tym, co pozostało.

Czy to w osiemnastym, czy w dwudziestym pierwszym wieku, zawsze znajdą się tacy, którzy wykorzystają dla własnych korzyści okres chaosu po wojnie, zmianie władzy czy ustroju, a nawet klęskę żywiołową. I jeśli tak mniej więcej wyglądało w 1779 r. znikanie z krajobrazu Kowalowej polowych fortyfikacji i budowli, to chyba ci, którzy przyłożyli rękę do ich destrukcji, mieli z tego coś w rodzaju satysfakcji. Zazwyczaj w czasie wojny to armia, jej przemarsze i stacjonowanie, jest źrodłem utrapienia i nieszczęść dla ludności. Teraz, gdy wojna dobiegła końca, a żołnierze odmaszerowali, można było chociaż tak powetować sobie straty, rekwizycje i lęk o przyszłość.

A teraz na poważnie — gdzie podziały się te wszystkie szańce?

A raczej — jak dużo się z nich zachowało?

Namalowany wyżej obraz znikania to oczywiście moje spekulacje i galopująca wyobraźnia, jednak chyba nie tak bardzo odległa od rzeczywistości. W jakikolwiek sposób się to odbyło, czy trwało tydzień, miesiąc czy do pierwszych śniegów, faktem jest, że reduty, flesze, blokhauzy i palisady zniknęły z powierzchni ziemi. Na szczęście nie do końca — dzięki współczesnej technice nawet po niemal 250 latach, jakie minęły od zakończenia wojny o sukcesję bawarską do chwili, gdy piszę ten tekst, jesteśmy w stanie precyzyjnie wskazać miejsca, w których był ten czy inny obiekt, o ile przy jego tworzeniu dokonano zmian w ukształtowaniu terenu, na przykład usypano wał czy wykopano rów.

Nie ma czego ukrywać — stan zachowania fortfikacji w Kowalowej jest słaby. Jak wiemy z opisów poszczególnych obiektów, były to konstrukcje ziemno-drewniane w przypadku redut A i D czy flesz B i C lub wyłącznie drewniane, a nawet w żaden sposób niezwiązane z gruntem, czyli namioty (obóz L i prawdopodobnie posterunki H, I oraz K).

Jednak wziąwszy pod uwagę, że były to obiekty tymczasowe, istniejące niecały rok i zbudowane z nietrwałych materiałów, i tak budzi podziw fakt, że po tak długim czasie wciąż można je ,,odczytać’’ w terenie. Dlatego moim zdaniem zdecydowanie powinno się pomyśleć o nich w kontekście jeszcze jednej zachęty do odwiedzenia gminy Mieroszów, która pozbawiona jest zabytków militarnych. Obszerniej napiszę o tym za chwilę.

Fortyfikacje na współczesnych mapach

Jeszcze raz współczesna mapa z lokalizacją czterech najważniejszych obiektów — kliknij i przejdź do Mapy.com (dawniej Mapy.cz).

,,Białe plamy’’ na mapach

Nieocenioną pomocą są archiwa i biblioteki. Skorzystałem z bardzo ograniczonej liczby źródeł z Niemiec i Polski, ale są jeszcze bogate zbiory w Austrii (Österreichischen Staatsarchiv), które tę wojnę pokazują z austriackiej perspektywy. Z pewnością w tysiącach map i dokumentów kryją się ciekawe historie. Kłopot w tym, że kompleksowa digitalizacja tej olbrzymiej masy papieru jest w zasadzie niemożliwa. Można przeglądać elektroniczne spisy i skorowidze z różnych epok i wojen, ale bez fizycznej wizyty w czytelni i ostrożnego przekładania kolejnych starych papierów się nie obędzie. Tak właśnie zdobywają swoje znaleziska historycy, wśród nich prof. Grzegorz Podruczny, który jako pierwszy wpadł na trop fortyfikacji w Kowalowej i podpowiedział mi, gdzie i czego szukać.

A później? Później jest już tylko mozolna praca przy odczytywaniu dokumentów, analizie map i planów oraz składaniu tych puzzli w całość.

Pewne jest, że fortyfikacje w Kowalowej istniały. Z dokładnością do miesiąca wiemy, kiedy powstały i kiedy prawdopodobnie zniknęły z krajobrazu. Czy znikanie odbyło się tak, jak opisałem wyżej, trudno dzisiaj powiedzieć. Ale na pewno stało się to w krótkim czasie i chyba do gołej ziemi, ponieważ już trzydzieści lat po zakończeniu ,,wojny kartoflanej’’ na mapach nie zaznaczono polowych umocnień w Kowalowej.

Mamy pod tym względem wyjątkowe szczęście, ponieważ pierwsza po wojnie o sukcesję bawarską mapa, na jaką trafiłem w cyfrowych bibliotekach, została wydana w 1809 r. i pochodzi z najlepszego źródła, jakie można sobie wymarzyć — pruskiego atlasu wojskowego Śląska. Pokazywałem ją w tekście Ługowina, zapomniana część Kowalowej. Historia i stare mapy (dokładnie w tym rozdziale), ale przytoczę ją jeszcze raz.

CIEKAWOSTKA

Mapa, o której piszę wyżej, jest jedną z trzech znalezionych przeze mnie, na których symbolicznie wskazana jest szubienica na południe od Mieroszowa. Dwie pozostałe to pruskie mapy sztabowe z okresu wojny o sukcesję bawarską — te same, którymi wielokrotnie posługiwałem się przy opisywaniu fortyfikacji w Kowalowej.

 

Kowalowa w 1809 r.
 

Skoro sami Prusacy nie zaznaczyli nawet redut A i D, które były najbardziej znaczącymi obiektami wśród omawianych fortyfikacji, to chyba możemy założyć, że już wtedy, na początku XIX wieku, nie było po nich śladu w terenie. A może były jakieś resztki, tylko nie wskazano ich z ostrożności, w ramach celowego fałszowania map? Z drugiej strony, patrząc zdroworozsądkowo: te fortyfikacje nie były tajemnicą, Austriacy na pewno mieli je przynajmniej schematycznie zaznaczone na własnych mapach wojskowych.

W każdym razie fortyfikacje w Kowalowej nie pojawiły się na żadnej z późniejszych map, w tym bardzo dokładnych Messtischblattach. Być może udałoby się je zlokalizować na tzw. Urmesstischblattach, ale na razie nie mam dostępu do arkusza z Kowalową i jej okolicami.

Wymazywanie z pamięci

W przewodnikach po okolicach Görbersdorf (dzisiejszym Sokołowsku), w opisach tras spacerowych i propozycjach wycieczek dla kuracjuszy, nie ma ani słowa na temat dawnych fortyfikacji. A przecież były ulokowane w odległości zaledwie półtora kilometra od centrum uzdrowiska. Nawet dla nieprzyzwyczajonego do górskich wędrówek mieszczucha to maksymalnie 30 minut spokojnego spaceru. Skoro pacjentów zachęcano do wejścia na Katharinenhöhe (dzisiaj Wzgórze Katarzyny), najwyższy szczyt parku dr. Brehmera — właściciela pierwszego i największego domu zdrojowego w Sokołowsku — to dlaczego nie polecano im przejścia niewiele dalej, do starych szańców? Odpowiedź jest prosta: ponieważ nie było po nich śladu, a ich istnienie wymazało się z pamięci pokoleń. To całkowicie zrozumiałe — dr Brehmer zakładał swój zakład leczniczy 75 lat po zakończeniu wojny o sukcesję bawarską, a w pełnym rozkwicie zakład był mniej więcej 100 lat po zakończeniu ,,wojny kartoflanej’’.

Pamięć o umocnieniach nad Kowalową trwała zapewne przez jakiś czas w pierwszej połowie XIX w. Szańce pojawiały się w opowieściach starzejących się mieszkańców wsi i najbliższej okolicy, aż z kategorii wasz dziadek widział je na własne oczy, bo jako dziecko karabin za żołnierzami nosił zostały zdegradowane do wiejskiej legendy, z której trochę się podśmiewamy, ale jednak trochę w nią wierzymy. Natomiast gdy po drugiej wojnie światowej na Dolnym Śląsku niemieckojęzyczni mieszkańcy zostali zastąpieni mówiącymi po polsku przybyszami, nawet te strzępki historii odeszły w niepamięć. Pozostały jedynie mapy, bezpiecznie schowane w archiwach, i ocalone przed pożogą drugiej wojny światowej, dzięki czemu możemy je dzisiaj studiować.

Możliwe badania archeologiczne

W wałbrzyskiej delegaturze Wojewódzkiego Urzędu Ochrony Zabytków przechowywane są tzw. KESA (Karty Ewidencji Stanowisk Archeologicznych) dla czterech obszarów. Odnotowują one jedynie podstawowe parametry obiektów, w tym położenie i stan zachowania. Dla porządku przypomnę, że jeden z nich, oznaczony numerem 108, moim zdaniem nie istniał i jest nadinterpretacją pewnej regularności w ukształtowaniu terenu (napisałem o tym w poprzedniej części).

Warte rozważenia jest zbadanie pozostałości przynajmniej reduty D — największego i najciekawszego obiektu w całej grupie. Najciekawszy jest z kilku powodów: miał interesujący kształt, zbudowano go na niewielkim, dość stromym wzgórzu (minerzy kapitana Heinricha von der Lahra musieli się solidnie napracować!) i był wyposażony w infrastrukturę bytową — blokhauz i dwa duże, ceglane piece. Być może właśnie piece, a raczej ich resztki, są tym, co warto byłoby odsłonić, zbadać i zabezpieczyć — to prawdopodobnie jedyne materialne pozostałości szańców.

Z pewnością ciekawe dla archeologa byłyby też wykopaliska w miejscu, w którym według planu powinny być palisady. Niemożliwe, choćby ze względu na zalesienie, jest przekopanie całego obszaru, może jednak warto zrobić to chociaż punktowo, w ograniczonym zakresie. Ocenę celowości i możliwości takich prac zostawiam specjalistom.

Sprawę ewentualnych badań do pewnego stopnia ułatwia fakt, że niemal wszystkie obiekty głównego obozu znajdowały się na terenie będącym dzisiaj własnością Skarbu Państwa pod zarządem Lasów Państwowych (Nadleśnictwo Wałbrzych). Są to, idąc z północnego zachodu na południowy wschód: reduta A, obóz L, flesza C, reduta D i blokhauz E. Skomplikowana jest sytuacja fleszy B, jako jedynej zwróconej czołem na północ, gdyż według granic geodezyjnych jest podzielona — część leży na terenie prywatnym, a część na działce Lasów Państwowych.

Pokazuje to mapa z zasobu geodezyjnego powiatu wałbrzyskiego. Kolorem oznaczone są tereny pod zarządem Lasów Państwowych, — własność osób fizycznych, — własność gminy Mieroszów:

Mapa EWID
 

Pomysły na wykorzystanie turystyczne

To, co napiszę niżej, można podsumować jednym zdaniem: potraktujmy pozostałości fortyfikacji w Kowalowej jako unikatową atrakcję turystyczną.

Fakt, że w Kowalowej, i to na terenie odległym od współczesnej zabudowy, a więc niezagrożonym zniszczeniem podczas możliwych prac budowlanych, znajdują się relikty tak interesującego zespołu obiektów militarnych, pozwala myśleć o nich jako potencjalnej atrakcji turystycznej. Gmina Mieroszów od lat konsekwentnie buduje wizerunek obszaru nastawionego na turystykę górską, z dużą lesistością (45% powierzchni gminy pokrywają lasy), gęstą siecią szlaków turystycznych pieszych i rowerowych. U podnóża wzniesienia, na którym posadowiono redutę D, przebiega otwarty w 2023 r. Mieroszowski Szlak Dzika, na tym odcinku łączący ulicę Malinową w Kowalowej z ulicą Różaną w Sokołowsku.

Tablice informacyjne

Uważam, że w pierwszej kolejności można byłoby tuż przy drodze gruntowej, przez którą przechodzi szlak turystyczny, u podnóża wzniesienia, na którym posadowiona była reduta D, postawić jedną większą lub dwie mniejsze tablice informacyjne, na których opisana byłaby skrótowo historia ,,wojny kartoflanej’’ i jej przebieg na ziemi mieroszowskiej oraz pokazany byłby plan obozu wojskowego ze szczególnym uwzględnieniem reduty D. Tablice warto byłoby (a nawet należało) zilustrować archiwalnymi mapami, unikatowym planem reduty D i jego nałożeniem na zdjęcie z drona. Przy okazji można byłoby lepiej oznakować przynajmniej odcinek Kowalowa–Sokołowsko na Mieroszowskim Szlaku Dzika, którego całkowita długość to blisko 60 km. Równolegle z tablicami informacyjnymi wskazane byłoby umieszczenie tabliczek kierunkowych o treści np. Pozostałości fortyfikacji z XVIII w. zarówno od strony Kowalowej, jak i Sokołowska.

Ścieżka dydaktyczna

Następnym krokiem, w porozumieniu z Nadleśnictwem Wałbrzych oraz właścicielem łąk pomiędzy redutami A i D, mogłoby być wytyczenie ścieżki dydaktycznej, prowadzącej przez pozostałości obiektów obozu wojskowego. Jak widać na zdjęciach, nie są one szczególnie wybitnymi obiektami. Dotyczy to zwłaszcza reduty A, która była niewiele mniejsza od reduty D, a obecnie jej dawna platforma jest tak zarośnięta trawą i samosiejkami, że nawet wczesną wiosną, przed okresem wegetacji, z trudem można odczytać kształt wału wyznaczającego narys budowli. Dlatego warto byłoby oznakować ich lokalizację niewielkimi tabliczkami na słupkach.

Oznaczenie na mapach

Dodatkowo można byłoby rozważyć nadanie nazwy wzniesieniu, na którym znajdowała się reduta D, by zwrócić uwagę na historię tego miejsca. Moje luźne propozycje to Góra Szańcowa (ewentualnie Szańcowa Góra), Reduta lub Szaniec. Taka ,,militarna’’ nazwa w sposób jednoznaczny określałaby historię tego konkretnego miejsca.

Niestety procedura nadania nazwy obiektowi fizjograficznemu (tutaj: wzgórzu) jest dość złożona i długotrwała. Odbywa się na wniosek rady miejskiej w drodze uchwały, a następnie przechodzi przez zarządy powiatu i województwa, by po zaopiniowaniu przez Komisję Nazw Miejscowości i Obiektów Fizjograficznych trafić do ministra spraw wewnętrznych i administracji. Jednak nie jest to rzecz niemożliwa.

Podsumowanie

Mam świadomość, że znajdą się krytycy tego pomysłu. Ich standardowe tłumaczenie opiera się na tym, że ,,to nie jest nasze“. To pruskie, niemieckie, a zatem obce. Po co upamiętniać takie miejsca i wydarzenia?

Znam te argumenty, jednak nie przemawiają one do mnie. Osobiście nie mam żadnego problemu z akceptacją faktu, że ta ziemia kiedyś była częścią innego państwa, mieszkali na niej ludzie mówiący innym językiem i mający inne zwyczaje. To normalna kolej rzeczy na pograniczu. Mam silne poczucie ciągłości historii, która szczególnie ciekawa jest właśnie na pograniczach. Druga wojna światowa oszczędziła te tereny, nie przyniosła większych zniszczeń, i dzięki temu do dzisiaj korzystamy z wzniesionych ,,obcymi’’ rękami domów, urzędów i kościołów. Jeździmy drogami wytyczonymi przed wiekami przez ,,obcych’’ i jakoś nam to nie przeszkadza.

Nie musimy czcić tych ,,obcych’‘, jeśli nie czujemy z nimi duchowej więzi, ale powinniśmy szanować ich spuściznę, tak jak sami chcemy, by w przyszłości szanowano naszą pracę, wysiłek i postawione przez nas budowle. Dlatego bardzo ucieszyła mnie inicjatywa odbudowy grobowca Hermanna i Amalii Brehmerów. Doktor Hermann Brehmer był faktycznym twórcą marki dzisiejszego Sokołowska, ówczesnego Görbersdorf. Przez dekady praktycznie zapomniany, bo ,,obcy’’, dzięki zaangażowaniu miłośników historii Sokołowska oraz przy finansowym i rzeczowym wsparciu gminy i nadleśnictwa wraca na należne sobie miejsce w historii miejscowości.

Jednak nie da się ukryć smutnego faktu, że grobowiec Brehmerów przez dekady popadł w ruinę i był w rozpaczliwym stanie. Mam przeczucie graniczące z pewnością, że wielu decydentów odetchnęłoby z ulgą, gdyby ta funeralna rudera w końcu zawaliła się doszczętnie i przestała być wyrzutem sumienia. Rozmaite instytucje wymieniłyby się pismami, a następnie, korzystając z bardzo pojemnego pojęcia bezpieczeństwa publicznego, można byłoby posprzątać gruz, zrekultywować teren i zapomnieć o sprawie. Parafrazując klasyka polskiego kina: I co się wtedy zrobi? Protokół zniszczenia! (uwaga dla tych, którzy wszystko odczytują dosłownie: trzy poprzednie zdania to ironia). Na szczęście tak się nie stało i sporym wysiłkiem udało się ten historyczny obiekt uratować.

Ku przestrodze — casus Mieroszowa

Mieroszów miał znaczące fortyfikacje na Kościelnej Górze i Gwiezdnych Szańcach, zbudowane w okresie wojen śląskich. Te pierwsze już nie istnieją — ich znikanie rozpoczęło się w XIX w., gdy grzbiet Kościelnej Góry przekształcano w teren wypoczynkowy dla mieszkańców, wytyczano ścieżki i budowano restaurację. Ostatnie ślady po szańcach zostały bezpowrotnie zatarte podczas budowy wieży widokowej w XXI w.

Pozostałości reduty na Gwiezdnych Szańcach są bardzo słabo czytelne na obrazach lidarowych i chyba nie popełnię dużego nadużycia pisząc, że w zasadzie ich nie ma. Dzisiaj w miejscu dawnego pięcioramiennego obiektu jest podziemny zbiornik na wodę pitną, zbudowany przez Niemców na początku XX wieku i wykorzystywany do dzisiaj. Można zatem powiedzieć, że ten wojskowy obiekt przydał się ludności cywilnej, choć w zupełnie inny sposób niż w swej pierwotnej funkcji.

Wniosek końcowy

Stawiam zatem publicznie propozycję: zadbajmy o pozostałości fortyfikacji w Kowalowej tak, jak uczyniono to z grobowcem Brehmerów i przywróćmy pamięć o nich. Jasne, że drugiej Srebrnej Góry z tego nie będzie, ale może warto przynajmniej postawić tablice informacyjne o tym miejscu i jego ciekawej historii?


Dla poszukiwaczy skarbów

 

Ponieważ reduty i flesze były konstrukcjami ziemno-drewnianymi, po pruskich oddziałach raczej nie pozostały trwałe ślady materialne — z wyjątkiem pieców w reducie D. Pamiętajcie, że są to oficjalnie zarejestrowane stanowiska archeologiczne i obowiązują tam odpowiednie reguły.

 

Innymi słowy…

I’m watching you!


Za cenne uwagi, pomoc w znalezieniu źródeł, obszerne wyjaśnienia, cierpliwe odpowiedzi na wszelkie pytania i przejrzenie wszystkich tekstów w poszukiwaniu nieścisłości składam ogromne podziękowania prof. UAM dr hab. Grzegorzowi Podrucznemu z Uniwersytetu im. Adama Mickiewicza w Poznaniu.

Za wędrówki po chaszczach, udostępnienie wspaniałych zdjęć z drona i cierpliwe wysłuchiwanie mojego słowotoku oraz tzw. głośnego myślenia podczas wizji lokalnej serdecznie dziękuję p. Tomaszowi Tracewskiemu.