Odwiedziny Czarnej Pani

Ten tekst jest kontynuacją historii sanatorium Blitzengrund. Każdy z nich można czytać niezależnie od drugiego, ale poznanie historii pozwala lepiej zrozumieć pewne aspekty opisane za chwilę.

SPIS TREŚCI (kliknij, by rozwinąć)

Wstęp

Ostatnie akapity tekstu przywołującego dzieje sanatorium Blitzengrund w Kowalowej brzmiały tak:

I to mógłby być koniec tej historii, gdyby nie pewien oficer Służby Bezpieczeństwa, powracający z egzotycznej podróży służbowej.

Latem 1963 r., we Wrocławiu zanotowano kilka przypadków ospy prawdziwej. Była to wysoce zakaźna choroba o gwałtownym przebiegu i potencjalnie dużej śmiertelności. Niegdyś rozpowszechniona na niemal wszystkich kontynentach i zgodnie uznawana za jedną z największych plag ludzkości, w tamtym czasie miała opinię choroby Trzeciego Świata. Jej pojawienie się w Polsce, i to od razu w dużym mieście, było dużym zaskoczeniem dla władz i potężnym problemem dla systemu opieki zdrowotnej socjalistycznej Polski. Można było z nią walczyć na dwa sposoby — szczepiąc masowo ludność oraz izolując chorych i osoby, które miały z nimi kontakt w okresie wylęgania choroby, przed pojawieniem się pierwszych objawów.

Ale właściwie dlaczego wspominam o tym na końcu tekstu poświęconego sanatorium Blitzengrund? Ano dlatego, że sanatorium i przyległy do niego teren zostały uznane za idealne miejsce do izolacji tzw. kontaktów I rzędu — osób, które miały bezpośrednią styczność z chorymi na ospę. Jednak o tym napiszę w oddzielnym tekście, poświęconym wspomnianemu wyżej oficerowi i pewnej pani. Czarnej Pani…

Choroba zakaźna --- plakat
 

EPIDEMIA OSPY PRAWDZIWEJ WE WROCŁAWIU

Jeśli do tej pory nie słyszeliście o wrocławskiej epidemii ospy, to po przeczytaniu tego tekstu zapraszam do lektury książek i artykułów rozsianych po internecie. Powstał nawet film na ten temat (średnio udany, niestety). Obszerną listę tytułów i odnośników podaję na końcu.

,,Czarna Pani’’, czyli krótka historia ospy

Owa tajemnicza Czarna Pani (dlaczego czarna, wyjaśnię za chwilę), to właśnie ospa prawdziwa, zwana również naturalną. Od pierwszych liter łacińskiej nazwy — Variola vera — określano ją skrótem VV. I takim właśnie kryptonimem oznaczono operację walki z epidemią ospy prawdziwej we Wrocławiu latem 1963 r. — Akcja VV. Była to prawdziwa bitwa, wymagająca ogromnej mobilizacji służby zdrowia i władz nieprzygotowanych do takiego zdarzenia — czego powtórzeniem na znacznie większą skalę była pandemia COVID-19. Jednak czynnikiem, który moim zdaniem w 1963 r. zdecydował o szybkim stłumieniu epidemii pomimo późnego jej wykrycia, było podporządkowanie społeczeństwa nakazom, zaleceniom i ograniczeniom znacznie ostrzejszym niż podczas późniejszej o prawie 60 lat pandemii koronawirusa.

Ospa prawdziwa i wietrzna (mniej groźna i dlatego często lekceważona) są bardzo odległymi kuzynkami. To, co je łączy, to fakt, że są bardzo zaraźliwe, ich jedynym rezerwuarem jest człowiek i na obie choroby istnieją skuteczne szczepionki. Różni je między innymi to, że jednorazowe przechorowanie ospy wietrznej uodparnia człowieka na resztę życia, natomiast na ospę prawdziwą można zachorować więcej niż jeden raz.

CIEKAWOSTKA

Twórcą pierwszej skutecznej i łatwej do stosowania szczepionki przeciwko ospie prawdziwej był angielski lekarz Edward Jenner. Zauważył, że przechorowanie pochodzącej od bydła domowego ospy krowianki chroni przed zachorowaniem na ospę prawdziwą. Przeprowadzając eksperymenty na dzieciach i podając im aktywny wirus najpierw krowianki, a po pewnym czasie ospy prawdziwej, udowodnił, że ta metoda jest skuteczna. Tak narodziły się szczepienia ochronne.

Jak każda choroba zakaźna, wirus ospy prawdziwej (od tej pory będę pisać o niej po prostu ospa) jest przeciwnikiem niewidzialnym i szczególnie groźnym, o dużym potencjale zarażania i bardzo łatwo rozprzestrzeniającym się. Ospą można zarazić się nie tylko drogą kropelkową, ale i poprzez kontakt z przedmiotami używanymi przez chorego.

Variola vera ma różne oblicza — w zależności od odmiany i tego, czy zarażony był zaszczepiony, śmiertelność sięga od 3% do 30%, a w skrajnie agresywnych odmianach przekracza 90%. Przy jednej z nich, nazywanej czarną, ciało chorego pokrywa się czarnymi pęcherzami, stąd też alternatywna nazwa ospy prawdziwej — ospa czarna.

Epidemia ospy prawdziwej we Wrocławiu

Podczas epidemii, która wybuchła we Wrocławiu w lipcu 1963 r., zachorowało 99 osób, a 7 z nich zmarło. To oznacza, że śmiertelność wyniosła 7%. Dla porównania — śmiertelność COVID-19 według różnych źródeł wynosi w skali globalnej ,,zaledwie’’ 1-3% (w Polsce 1,8-1,9%, zależnie od źródła). Wrocław i tak wyszedł z epidemii obronną ręką — Światowa Organizacja Zdrowia szacowała na podstawie poprzednich pojawień się tej choroby, że walka z ospą potrwa w Polsce około dwóch lat, pociągnie za sobą około 200 ofiar śmiertelnych, a śmiertelność będzie na poziomie 10%.

Jednak na 99 osób zarażonych, u których wystąpiły objawy i które zostały hospitalizowane, były setki osób z podejrzeniem zakażenia. Każdą z nich należało zbadać, zachowując wszelkie środki bezpieczeństwa biologicznego. Dlatego w dwóch szpitalach ospowych — w Szczodrem i Prząśniku — personel medyczny ubierał się tak:

Lekarze w pełnym rynsztunku
 

Rozpoznanie i kwarantanna

Jeśli chory zgłosił się do przychodni lub szpitala, i po wzrokowym lub mikroskopowym badaniu potwiedzano przypadek ospy, należało nie tylko odizolować chorego i poddać go leczeniu. Trudniejsze zadanie rozpoczynało się właśnie w tym momencie. Trzeba było przeprowadzić wywiad epidemiologiczny i ustalić listę osób, z którymi chory miał styczność w nieodległej przeszłości, poprzedzającej wystąpienie objawów. Do takich osób należało dotrzeć i poddać je kwarantannie. Nie była to jednak kwarantanna domowa, jak podczas pandemii COVID-19. Osoby mające kontakt z zarażonym były zabierane do tzw. izolatorium — wydzielonego miejsca, w którym musiały przejść kwarantannę. Trwała ona w przypadku ospy 21 dni.

Spróbujmy sobie wyobrazić, że sami znaleźliśmy się w takiej sytuacji. O ile do szpitala trafił ktoś z naszej najbliższej rodziny — mąż, żona, ojciec, matka, dziecko — i potwierdzono u niego ospę, mogliśmy spodziewać się, że zostaniemy poddani izolacji. Ale powiedzmy, że zachorował nasz współpracownik, dozorca w budynku (przypominam, są lata 60. XX wieku — istnieje taka funkcja społeczna) czy sprzedawczyni w sklepie i zostaliśmy wskazani przez chorego. Na razie jednak o tym nie wiemy. Siedzimy w domu, jemy obiad, czytamy gazetę, może wybieramy się na zakupy. Jest bardzo gorąco, wręcz upalnie — wspominają o tym wszystkie relacje z czasów epidemii. To druga połowa lipca. Myślimy o urlopowym wyjeździe, w głowie szumią już morskie fale, planujemy listę rzeczy do zabrania…

Lekarze w pełnym rynsztunku

I nagle dzwonek albo pukanie do drzwi. Otwieramy i widzimy ubranych na biało sanitariuszy w kombinezonach i maskach. Lekarz pyta o imię i nazwisko, daje kilka minut na spakowanie, przekazanie kluczy, ewentualnie powiadomienie sąsiada lub rodziny — o ile mamy w mieszkaniu telefon. Bierzemy torbę lub walizkę, i śledzeni wzrokiem przez ciekawskich sąsiadów oraz przypadkowych przechodniów wsiadamy do karetki lub innego, oznakowanego literami VV samochodu wiozącego nas do miejsca, w którym spędzimy następne trzy długie tygodnie. Żegnaj rodzino, żegnaj urlopie. Koniec świata! Z tego powodu po niektórych przyjeżdżano nocą, by nie uciekli z miasta. Łatwo zrozumieć, że nie była to komfortowa sytuacja.

Bywało, że na kwarantannę trafiały całe rodziny. Zaradzono temu, powołując zespół opieki nad rodzinami osób izolowanych. Jak opisuje artykuł Ospa w województwie opolskim w 1963 roku (bo epidemia rozlała się poza Wrocław, pomimo wprowadzonych środków bezpieczeństwa):

Stwierdzenie zachorowania (podejrzenia) wymagało izolacji wszystkich członków rodziny, a często i innych rodzin w pełnym komplecie. Pozostawały bez opieki mieszkania, zabudowania gospodarskie (wieś), inwentarz żywy, prace rolne w polu (okres żniw) i aby uniknąć strat należało wszystko odpowiednio zabezpieczyć i dopilnować.

Skąd wzięła się ospa we Wrocławiu?

Ospa pojawiła się we Wrocławiu w końcu maja, zakamuflowana w osobie oficera Służby Bezpieczeństwa, Bonifacego Jedynaka. Po powrocie ze służbowego wyjazdu do Indii pod fałszywym nazwiskiem i ze sfałszowaną książeczką szczepień zgłosił się do szpitala resortowego ze złym samopoczuciem. Po badaniach rozpoznano u niego malarię — paskudną chorobę tropikalną, w Polsce wówczas już rzadko spotykaną. Diagnoza była prawidłowa, a wdrożone leczenie skuteczne. Ozdrowieniec został wypisany do domu w stanie ogólnym dobrym.

Niestety nikt nie podejrzewał, że w organizmie podpułkownika Jedynaka poza malarią ukrywa się znacznie groźniejsza choroba — ospa prawdziwa — która nie dała objawów podczas pobytu w izolatce. Od chorego, nieświadomego, że jest ,,pacjentem zero’’, zaraziła się salowa. Od niej z kolei jej córka, która kończyła właśnie studium pielęgniarskie, i z racji zawodu miała styczność z wieloma osobami z grona personelu medycznego oraz pacjentami. Ona była pierwszą śmiertelną ofiarą rozpoczynającej się epidemii. Początkowo przyjęto, że zmarła na białaczkę o piorunującym przebiegu. Od salowej zaraził się jeszcze jej syn oraz badający ją lekarz — on był ostatnią, siódmą ofiarą śmiertelną wrocławskiej ospy.

Po opis tego, co działo się później, odsyłam do tekstów podanych na końcu. W każdym razie zrozumienie, z czym w rzeczywistości mają do czynienia lekarze, nastąpiło dopiero w połowie lipca — półtora miesiąca po zgłoszeniu się do szpitala ,,pacjenta zero’’ w osobie oficera SB.

Witamy się bez podawania rąk
 

Rozpoczęto akcję szczepień — początkowo dobrowolnych, ale dość szybko obowiązkowych. Ponieważ porcji szczepionki gotowej do użycia było kilka tysięcy, a osób do zaszczepienia lekko licząc pół miliona w samym Wrocławiu, pospiesznie ściągano zapasy z całego kraju i zagranicy, głównie Związku Radzieckiego i Węgier. Na szczęście większość ludzi rozumiała zagrożenie, chociaż ospa prawdziwa nie występowała masowo w Polsce od połowy lat 30. XX wieku. To w pewnym stopniu usprawiedliwia lekarzy, którzy nie rozpoznali tej choroby — po prostu żaden z nich nie miał szans zetknąć się w swojej praktyce z chorym na ospę prawdziwą. Pamięć o jej wysokiej śmiertelności i nieusuwalnych śladach oraz powikłaniach, jakie zostawiała u tych, którzy zachorowali i przeżyli, była jednak wystarczającym impulsem, by zgłosić się na szczepienie.

To, że Wrocław został odwiedzony przez Czarną Panią, stało się jasne 15 lipca. Powiadomiono władze centralne w Warszawie i rozpoczęto szeroko zakrojoną ,,Akcję VV’‘. 18 lipca ogłoszono stan epidemii. Poza organizacją akcji szczepień i rozpoznawania przypadków zachorowań rozpoczęto organizację izolatoriów — miejsc odosobnienia dla tych, którzy mieli bezpośrednią styczność z chorym na ospę, oraz ich rodzin. Zasady epidemiologiczne zakładają bowiem, że lepiej jest poddać kwarantannie kilka osób więcej niż pozwolić, by ktoś potencjalnie zakażony, ale jeszcze przed wystąpieniem objawów, pozostał ,,na wolności’’.

Poniżej kilka zdjęć z tych trudnych tygodni:

Kontrola na rogatkach miasta
 

Kontrola na rogatkach miasta
 

Szczepienie
 

Szczepienie
 

Chwila wytchnienia
 

Izolatorium w Kowalowej

,,No dobrze’‘, powie ktoś. ,,Czytam i czytam, ale gdzie jest Kowalowa w całej tej historii? Miało być o sanatorium!’’. Już prawie jesteśmy na miejscu, jeszcze chwila cierpliwości.

Z poprzedniego tekstu wiadomo, że poniemieckie sanatorium Blitzengrund było w owym czasie ośrodkiem kolonijnym dla dzieci pracowników Miejskiego Przedsiębiorstwa Komunikacyjnego w Wałbrzychu. I to właśnie ono zostało wyznaczone przez władze na jedno z izolatoriów, których łącznie było ponad dwadzieścia w całym ówczesnym województwie wrocławskim.

Pierwsze zostało uruchomione oczywiście w stolicy województwa, w leżących na peryferiach Wrocławia Praczach Odrzańskich. Kolejne — na Psim Polu, w internacie ówczesnego Technikum Budowy Silników Lotniczych (dzisiaj Lotnicze Zakłady Naukowe) — jest najbardziej znane ze zdjęć, na których widać poddanych kwarantannie ludzi przy niskich budynkach przypominających obozowe baraki ogrodzone drutem kolczastym. Budynki rozstawione były w pewnej odległości od siebie, co ułatwiało organizację kwarantanny i ograniczało prawdopodobieństwo rozprzestrzeniania się choroby do mniejszej grupy ludzi, gdyby ktoś spośród izolowanych okazał się być nosicielem wirusa ospy.

Układ budynków widać na zdjęciu lotniczym z okresu II wojny światowej, w jego górnej części (źródło):

Izolatorium na Psim Polu
 

Tak spędzali czas ,,ludzie za drutami’’:

Izolatorium na Psim Polu
 

Izolatorium na Psim Polu
 

Izolatorium na Psim Polu
 

Szybko okazało się, że istnieje konieczność utworzenia izolatorium karnego, z izbą wytrzeźwień dla ,,elementu aspołecznego’‘. Byli do niego kierowani ci, którzy swoim zachowaniem sprawiali problemy w ,,normalnych’’ obiektach.

Wjeżdżamy do Kowalowej (nareszcie!)

Kolejne izolatoria sukcesywnie uruchamiano poza Wrocławiem. Pierwsze trzy zorganizowano, czyli w praktyce przystosowano do potrzeb ludzi skierowanych na kwarantannę, błyskawicznie — już 27 lipca rozpoczęły służbę ośrodki w Kłodzku, Legnicy i Świdnicy.

Jako czwarte w kolejności pierwszych ,,gości’’ przyjęło 29 lipca izolatorium w Kowalowej — obecny (w 1963 r. rzecz jasna) ośrodek kolonijny, dawne sanatorium Blitzengrund. Ze względu na zróżnicowaną wielkość i codzienną rolę budynku izolatoria miały różną zdolność przyjęcia ludzi na kwarantannę — od 25 do 170 osób, średnio 75. W Kowalowej przygotowano 100 miejsc. Już w pierwszym rzucie do Kowalowej skierowano ponad 30 osób. I tak było do połowy sierpnia — maksymalne obłożenie to 39 izolowanych, zarówno dorosłych, jak i dzieci. Bywało tak, że z dnia na dzień zwalniano prawie trzydzieści osób, a następnego przyjmowano dziesięć nowych. W ostatnich dniach niedolę czasu izolacji dzieliło 6 osób.

7 sierpnia w Kowalowej pojawiła się kontrola. Oto notatka z tej wizyty:

Kontrola w Kowalowej
 

Kontrola w Kowalowej
 

Można z niej wyczytać interesujące informacje. Już wcześniej wiedzieliśmy o przeznaczeniu budynku (kolonie letnie), liczbie przygotowanych miejsc i ich aktualnym obłożeniu. Położone na uboczu — to się zgadza, wystarczy spojrzeć na mapę lub sięgnąć do tekstu o sanatorium. Całkowicie zabezpieczone przez M[ilicję] O[bywatelską] — z opowieści świadków, mieszkańców Ługowiny, wiadomo, że przy bramie stał namiot dla dyżurującego milicjanta. Istnieje pełna możliwość segmentacji na grupy — jak wiadomo, sanatorium miało dwa piętra, na każdym osiem pokojów. Każde piętro mogło być uznane za ,,grupę’’. Do dyspozycji był jeszcze mniejszy budynek, ale trudno powiedzieć, czy zakładano jego wykorzystanie.

To, o czym nie napisano, to ogrodzenie terenu siatką. Taka informacja wypłynęła w nieformalnych rozmowach z mieszkańcami okolicy — po przeznaczeniu ośrodka kolonijnego na izolatorium cały teren został w błyskawicznym tempie otoczony prowizorycznym ogrodzeniem. Możliwe, że tak było — przy pracach porządkowych po przejściu sanatorium w ręce prywatne w latach 90. znajdowano odcinki zardzewiałej siatki drucianej i drutu kolczastego.

Poniżej kilka archiwalnych dokumentów, w których wskazana jest Kowalowa. W zależności od tego, kto sporządzał maszynopis, pojawiają się różne wersje pisowni nazwy miejscowości: Kowalowa, Kowalowo i Kowalewo. Bywa, że pisano po prostu Wałbrzych. Gdzieniegdzie pojawiają się też błędy w pisowni innych nazw:

 

 

 

 

 

 

Jedne z ostatnich meldunków:

 

 

W drugiej połowie sierpnia liczebność grupy poddanej kwarantannie w Kowalowej nie przekraczała 20 osób. Jednocześnie stopniowo wygaszano zbędne izolatoria, względnie przenoszono pozostałe w nich pojedyncze osoby do innych miejsc. Trzeba bowiem pamiętać, że wiele izolatoriów zorganizowano w naprędce przygotowanych placówkach oświatowych, nawet w przedszkolach. Zbliżał się nowy rok szkolny, trzeba było przywrócić pomieszczeniom, na przykład salom lekcyjnym, ich normalne funkcje.

Niepokój dyrektorów szkół dobrze ilustruje przykład izolatorium na Psim Polu. We władającym nim technikum uczyło się półtora tysiąca uczniów, w tym wielu spoza Wrocławia, i należało przygotować dla nich miejsca w internacie. Niestety, odpowiedź nie była optymistyczna — zwolnienie budynków zapowiedziano na drugą połowę września:

Pismo od dyrekcji TBS
 

Izolatorium w Kowalowej było najdłużej działającym ośrodkiem tego rodzaju poza Wrocławiem. Zostało zamknięte jako przedostatnie (nie licząc samego Wrocławia) dopiero 4 września, po 37 dniach służby. Trzy dni później zlikwidowano ostatnie poza stolicą województwa izolatorium w Państwowym Domu Opieki (domu starców) w Zgorzelcu — ono jednak działało krócej, bo 29 dni. 19 września, dwa miesiące od stwierdzenia pierwszego przypadku zachorowania, epidemia została oficjalnie uznana za wygasłą. Można było zamknąć szpitale ospowe, rozpocząć podsumowania i rozliczenia.

Poniższa mapa pokazuje rozmieszczenie izolatoriów czynnych, zamkniętych i rezerwowych w ostatniej fazie epidemii:

Mapa izolatoriów na Dolnym Śląsku
 

W trakcie epidemii zaszczepiono we Wrocławiu około 500 tysięcy osób (98% mieszkańców), a w całym kraju ponad 8 milionów — około 27% populacji. Była to największa w Polsce akcja masowych szczepień ludności aż do wybuchu pandemii COVID-19, gdy co najmniej jedną dawką zaszczepiono ponad 56% ludności, a łącznie podano ponad 58 milionów dawek. Trzeba jednak pamiętać, że szczepienia na COVID-19 składały się z kilku dawek, zaś do zabezpieczenia przed ospą wystarczy jednorazowe podanie szczepionki. Dodatkowo szczepienia przeciwko koronawirusowi były rozłożone na ponad 2 lata, natomiast akcja szczepień przeciwko ospie prawdziwej trwała około 5 tygodni.

,,Epitafium dla ospy’’

Powyższy tytuł rozdziału umieściłem w cudzysłowie, ponieważ nie jest to moje określenie. Taki tytuł nosi wydana w 1991 r. pierwsza wersja książki Jerzego Bogdana Kosa, lekarza z Wrocławia, będącego na pierwszej linii frontu wojny z epidemią.

Wrocławska epidemia była przedostatnim wybuchem tej choroby w Europie. Niespełna dziesięć lat później, w 1972 r., w ówczesnej Jugosławii, a dokładniej w Kosowie, pojawił się chory na ospę pielgrzym. Był ,,pacjentem zero’’ epidemii, podczas której 175 osób zachorowało, a 35 zmarło — śmiertelność była zatem trzykrotnie wyższa niż we Wrocławiu i wyniosła zatrważające 20%. Władze jugosławiańskie zadziałały błyskawicznie i radykalnie, nakazując zaszczepienie całej 21-milionowej ludności kraju. Akcja przypominała operację wojskową (zresztą armia brała w niej udział), miała ogromny rozmach i imponujące tempo — w 10 dni zaszczepiono 18 milionów osób. Dzięki temu epidemię udało się stosunkowo szybko wygasić.

Pierwszy pomysł całkowitego wyeliminowania wirusa Variola vera z ludzkiej populacji pojawił się w końcu lat 50. XX wieku. Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) po latach debatowania i odkładania problemu na później wypowiedziała w końcu ospie wojnę totalną. Historia tego zadania jest fascynująca, dlatego na końcu wskazuję kilka źródeł opisujących, jak dokonano czegoś, co z początku wydawało się niemożliwe.

Zespoły lekarzy jeździły po świecie, izolowały chorych i szczepiły wszystkich w promieniu wielu kilometrów od stwierdzonego ogniska ospy. Pod wieloma względami najtrudniejsze były szczepienia w krajach Globalnego Południa — Indiach, Bangladeszu, Etiopii czy Somalii, w których wykrywano ostatnie ogniska ospy prawdziwej na Ziemi. Choroba szybko wygasała, a ostatnie przypadki zarażenia się nią w sposób naturalny wystąpiły w 1975 i 1977 r.

I wreszcie w 1980 r., po stuleciach walki z jedną z najgroźniejszych chorób znanych ludzkości, WHO mogła triumfalnie ogłosić — ,,zrobiliśmy to!‘’. Ospa prawdziwa została eradykowana (wykorzeniona), jako jedyna do dzisiaj choroba zakaźna ludzi — dzięki szczepionkom i determinacji dziesiątków tysięcy anonimowych lekarzy, pielęgniarek, felczerów, a nawet misjonarzy. Przez kilka tysięcy lat zabiła prawdopodobnie kilka miliardów ludzi (nawet 300 milionów w samym tylko XX wieku), a teraz po prostu jej nie było.

Ale nie wszystko wyglądało tak różowo. Ponieważ w wielu laboratoriach na świecie nadal przechowywano próbki wirusa do celów naukowych, na tzw. wszelki wypadek, kilkakrotnie zdarzyło się, że wskutek nieostrożności pojedyncze osoby ulegały zakażeniu. Zawsze jednak udawało się powstrzymać rozprzestrzenianie wirusa. Dzisiaj próbki przechowywane są (oficjalnie) w dwóch miejscach na naszej planecie, w laboratoriach o najwyższym stopniu bezpieczeństwa biologicznego: w Atlancie (Stany Zjednoczone) i Kołcowie (Rosja).

Refleksje i pytania

Gdy w połowie lat dwutysięcznych usłyszałem, że podczas epidemii w 1963 r. w Kowalowej funkcjonował ,,szpital’’ (bo takim określeniem posługiwał się mój informator), podszedłem z dystansem do tej historii i potraktowałem ją jako village legend. Zwłaszcza gdy dodatkowo usłyszałem o pilnującej teren milicji i ogrodzeniu z drutu kolczastego — co to za szpital, który zabezpiecza się w taki sposób…? Temat zaintrygował mnie jednak na tyle, że zadałem sobie trud poszperania w źródłach i po kilku tygodniach wiedziałem, że mój początkowy sceptycyzm muszę schować do kieszeni.

Pierwszy ślad znalazłem w publikacji Epidemia czarnej ospy we Wrocławiu w 1963 roku, wydanej 45 lat po tych wydarzeniach. Tam trafiłem na informację o Kowalowej. Skontaktowałem się z autorką, panią Grażyną Trzaskowską z Archiwum Państwowego we Wrocławiu, i uzyskałem dodatkowe wskazówki. Przeprowadziłem kwerendę zarówno w papierowych dokumentach, jak i udostępnionych w internecie skanach. Przyznam, że przeglądanie teczek z oryginalnymi meldunkami, pisanymi na gorąco latem 1963 r., wywoływało dreszcz emocji.

Zmuszało również do przemyśleń.

Próbowałem sobie wyobrazić, jak wyglądał ten czas i to miejsce. Dla tych przymusowych pensjonariuszy musiały to być przedziwne wakacje. Zebrała się ich tam całkiem spora grupa, z różnych warstw społecznych, głównie górników z wałbrzyskich kopalń i pracowników służby zdrowia — wskazują na to dokumenty, których zdjęcia prezentuję niżej. Ludzie w wieku produkcyjnym i dzieci. Większość samotna, izolowana od rodziny, ale trafiały się małżeństwa, matki z dziećmi, a nawet całe rodziny. Większość spędziła w zamknięciu 7-10 dni zamiast przepisowych trzech tygodni — być może dlatego, że wywiad epidemiologiczny wykazał dużo wcześniejszą niż skierowanie na kwarantannę datę ostatniego kontaktu z człowiekiem z potwierdzoną ospą.

Imienna lista izolowanych w Kowalowej
 

Upalne lato, środek niczego, teren stosunkowo niewielki i pilnowany. Najbliższa cywilizacja w postaci sklepu i kiosku Ruchu odległa o kilka kilometrów, poza tym i tak nie można wyjść, dookoła ogrodzenie z drutu kolczastego (podobno).

Pokoje z podstawowymi wygodami — pewnie tylko łóżka (czy te obliczone na wypoczynek dzieci były krótsze niż dla dorosłych?) i szafy, jakiś stolik i może krzesło.

Kto sprzątał łazienki i toalety, skoro — jak wynika z lekarskiej notatki — brakowało nawet ludzi do rozdzielania posiłków?

Ktoś ich odwiedzał? Sam dojazd w tę okolicę był kłopotliwy, a paczki można było przekazać tylko za pośrednictwem milicjanta, i to w połączeniu z pobieżną choćby rewizją.

Pili alkohol? Ktoś sprawiał problemy, czy było raczej spokojnie? Z relacji świadków wynika, że we Wrocławiu, w izolatorium na Praczach, przerzut trunków za druty był poważnym problemem, a tzw. element wszczynał burdy.

Co robiły dzieci, a jak spędzali czas dorośli? Może grali w siatkówkę albo badmintona (do dzisiaj stoją słupki do mocowania siatki), zapewne czytali książki i gazety. Ktoś im je dostarczał ,,z rozdzielnika’’, czy musieli prosić o przywiezienie z pobliskiego Mieroszowa lub bardziej oddalonego Wałbrzycha?

Namiętnie grali w karty?

Może się opalali?

Długo w noc palili ogniska i śpiewali o góralu, któremu żal?

Zdarzył się jakiś pozamałżeński romans?

O czym dyskutowali? O tym, czy zachorują, czy słusznie zostali ,,uwięzieni’’, a może w ogóle pomijali ten temat?

I tak dalej, i tak dalej…

Imienna lista izolowanych w Kowalowej
 

Pomiędzy wierszami lekarskiej notatki z kontroli izolatorium można wyczytać jeszcze jedną informację. Izolatorium było zdolne pomieścić 100 osób, można więc założyć, że tyle właśnie dzieci mogło w jednym momencie przebywać na letnim wypoczynku.

W chwili, gdy decyzją władz we Wrocławiu ośrodek kolonijny w Kowalowej miał przyjąć rolę miejsca kwarantanny, była końcówka lipca — dokładnie połowa wakacji. Część dzieci zdążyła już odbyć swój turnus, a część była w trakcie wypoczynku. Decyzja o utworzeniu izolatorium została podjęta w sobotę 27 lipca. Dwa dni później, w poniedziałek 29 lipca, izolatorium było gotowe na przyjęcie pierwszych osób — dokładnie dwa tygodnie po ,,czarnym poniedziałku’’, gdy uświadomiono sobie, że Wrocław naprawdę odwiedziła Czarna Pani.

Być może dzieciom udało się dokończyć pobyt, w sobotę pakowały się do domów zgodnie z planem, ale kolejny turnus już nie przyjechał. Wyobrażam sobie, jak wielki musiał to być zawód dla tych dzieciaków i nastolatków, które być może przez cały rok czekały, by z zadymionego, rozpalonego upałem miasta pojechać w sumie niedaleko, bo kilkanaście kilometrów, do zielonej enklawy w lesie. Rodzice tych dzieci też mieli swoje plany, które legły w gruzach — może planowali urlop we dwoje, albo mały remont (jak to Polak na wakacjach), a tu klops.

Bardzo chciałbym kiedyś porozmawiać z kimś, kto spędził tam ten dziwny czas. Najmłodsi, jakich znalazłem na imiennych listach, mieli wtedy 7, 13 i 15 lat — dzisiaj, w 2024 roku, mieliby odpowiednio 68, 74 i 76 lat. Pytanie, czy żyją, a jeśli tak, to czy pamiętają tamte dni. Jeśli ktoś zna te osoby (może najbliższa rodzina?) i trafi kiedyś na moją stronę, będę wdzięczny za kontakt.

Postscriptum

W pierwszych dniach lutego 2020 r. trafiłem do szpitala w Poznaniu na planowy zabieg kardiologiczny. Za murami lecznicy było słychać pomruki nadchodzącej burzy — COVID-19, czyli koronawirus, stał za drzwiami. Zaledwie tydzień wcześniej potwierdzono pierwszy przypadek zachorowania w Europie. WHO ogłosiła ,,stan alarmowy’’, co było ostatnim krokiem przed ogłoszeniem pandemii — epidemii o globalnym zasięgu. Kwestią czasu było wejście choroby do Polski.

Leżałem na stole w sali operacyjnej, podłączony do aparatury. Pielęgniarka instrumentariuszka przygotowywała mnie do operacji, zagadując dla rozluźnienia atmosfery. Tematem rozmowy była spodziewana ,,wizyta’’ koronawirusa i termin, w którym w Polsce zostanie zarejestrowany pierwszy przypadek. Zespół zaczynał zabieg. Lekarz-operator wkłuwając się elektrodą w żyłę udową kontynuował rozmowę, która stopniowo zeszła na inne choroby zakaźne, w tym grypę ,,hiszpankę’’ i ospę prawdziwą. Gawędziliśmy o wrocławskiej epidemii ospy, podzieliłem się wynikami mojego dochodzenia w sprawie izolatorium w Kowalowej. Na tym rozmowa się urwała, nie chciałem rozpraszać lekarzy — w końcu majstrowali przy moim sercu. Leżałem, patrzyłem w monitory i rozmyślałem. Zabieg trwał, w pewnej chwili zacząłem przysypiać…

Już po kilku tygodniach mogłem na własnej skórze przeżyć choć w pewnym stopniu to, co było udziałem mieszkańców Wrocławia latem 1963 r. Interesujące doświadczenie. Ale nie chcę go powtarzać :)


Źródła

Książki

Ospa 1963. Alarm dla Wrocławia, Jerzy Bogdan Kos (lekarz w szpitalach ospowych), Wydawnictwo Warstwy, Wrocław 2017; pierwsza wersja (1991 r.) jego książki nosiła tytuł Epitafium dla ospy, od którego zaczerpnąłem tytuł jednego z rozdziałów mojego tekstu

Ospa we Wrocławiu, Michał Sobków (lekarz w pogotowiu ratunkowym), Usługi Wydawnicze Ernest Dyczek, Wrocław 2000

Variola vera, Zbigniew Hora (lekarz), Zakład Narodowy im. Ossolińskich, Wrocław 1982

Zaraza, Jerzy Ambroziewicz (reporter), Wydawnictwo Dowody Na Istnienie, Warszawa 2016

Bugs, drugs and smoke. Stories from public health (rozdział 1: Smallpox. Eradicating an ancient scourge), Światowa Organizacja Zdrowia (WHO), 2012

Artykuły o ospie prawdziwej jako chorobie

Ospa prawdziwa (artykuł na Wikipedii)

W jaki sposób udało się całkowicie zwalczyć ospę prawdziwą?, Medonet.pl

Artykuły o epidemii ospy prawdziwej we Wrocławiu

Epidemia czarnej ospy we Wrocławiu w 1963 roku, Grażyna Trzaskowska, Archiwum Państwowe we Wrocławiu, 2008

Ostatnia wizyta Czarnej Pani — epidemia ospy prawdziwej we Wrocławiu, Histmag.org

Epidemia ospy we Wrocławiu, CiekawostkiHistoryczne.pl

Środek i dno piekła, z nikłą nadzieją na ocalenie. Epidemia czarnej ospy we Wrocławiu, TVN24

Ta epidemia w Polsce była jak koronawirus. Wokół miasta stworzono kordon sanitarny (wywiad), NaTemat.pl

65 dni ostrego dyżuru (wywiad), Medycyna Praktyczna mp.pl

Epidemia ospy prawdziwej we Wrocławiu (artykuł na Wikipedii)

Zdjęcia

Polska-org.pl

Gazeta Wrocławska

Inne

Wybrane materiały z Archiwum Państwowego we Wrocławiu

Film Zaraza